Prostytucja
Chciałabym gdzie indziej to napisać, ale nie ma gdzie.
Durbano się sprostytuował. Black Turmaline został poddany drastycznej reformulacji. Zrobił się mdły i pokrewny Williamsonowi. Mass-kadzidło.
Czemu? Długo nie wyjdę ze zdziwienia. Czemu tak silnie niszowa marka się sprzedaje? Czemu rezygnuje z targetu?
Bo dla tych paru osób nie warto. Już to gdzieś słyszałam. Pieprzyć je. Ważne są masy. Dla paru osób nic nie warto. Choćby były nie wiem jakie…
Gratulacje panie Durbano. Wróżę panu mass-sukces. Już nic od pana nie powącham. Mam to (uczciwszy uszy) w rzyci….
1. września – przelotny zapach patriotyzmu…?
Z Sabatonem zapoznał mnie Przyjaciel, racząc przy okazji sugestywną opowieścią o hołdzie, złożonym bohaterskim Polakom w monachijskim (????) klubie przez rozśpiewanych Niemców. Romantyk-Fantasta, wieczny Marzyciel.
Zatem z podziękowaniem dla Pawła L., wyzbywając się na moment cynizmu:
Czym pachnie patriotyzm? Ziemią, krwią?
LOLITA i klony
Jeszcze parę lat temu marka Lolita Lempicka była praktycznie nieznana. Pojawienie się jej pierwszego zapachu, klasycznej wersji słodkiego jabłuszka, powitano z mieszanymi uczuciami: źródłem konsternacji była zwłaszcza spora ilość anyżu, kryjącego się w fioletowo-złotym flakonie. Grono zagorzałych zwolenniczek jest jednak całkiem liczne i trudno się dziwić, bo tak eleganckiej i przemyślanej gry z konwencją kiczu nie podjął od dawna nikt (wyjąwszy casus Andy Warhola i Roya Lichtensteina na niwie sztuk plastycznych. Lub jeszcze wcześniej francuskich symbolistów – niech mi historycy sztuki wybaczą to zdanie).
Słodycz Lolity, często przyrównywanej z Angelem Thierry’ego Muglera, nie ma w sobie wiele z aromatów kuchennych. Żadnych ciast, czekolady, karmelu i łakomego oblizywania paluchów, ukradkiem maczanych w makutrze. Lempicka otwiera drzwi do Krainy Czarów – w alternatywnej względem książki Lewisa wersji, gdzie niewinna Alicja zostaje zupełnie zdeprawowana. Przez Szalonego Kapelusznika, jak mniemam. Nigdy mu zbytnio nie ufałam…
cd. na Femii
FLEUR DEFENDUE
Latem tego roku elfia królowa przybrała twarz „zielonej wróżki”. Całkiem dosłownie, gdyż ideę powstania limitowanej wersji, pod nazwą Fleur Défendue osnuto rzekomo wokół absyntu. Atrakcyjna perspektywa, sugerująca wiązkę ziół i szczyptę piołunowej goryczy na kontrastowej bazie jadalnych słodkości. Ktoś jeszcze miał chrapkę na coś nowego? Może na cień smutku, którego poetyckim symbolem jest piołun? Proszę przyjąć wyrazy współczucia. I – jeszcze jedno: witam w gronie rozczarowanych. Z czysto wizualnych względów mogłabym chcieć, by „Zakazany Kwiat” zagościł na półkach dłużej: w eterycznej, majowo-zielonej wersji lolitowe jabłuszko prezentuje się wyjątkowo uwodzicielsko. Gdy jednak chodzi o płynną zawartość flakonu, osąd się nieco komplikuje.
Cd, na Femii
24.FAUBOURG, Hermes
Przestrzeń sklepowych półek perfumerii w Polsce zbyt często staje się strefą zaskoczenia. Oto w licznych Sephorach, Douglasach i Marionnaudach zabrakło już nie balsamów, mgiełek i innych mazideł, lecz flagowego okrętu firmy znakomitej, nieodmiennie utrzymującej równy, wysoki poziom – 24,Faubourg.
Nazwany na cześć paryskiego adresu głównej siedziby Hermèsa, na szczęście wciąż dostępny jest w perfumeriach internetowych i serwisach aukcyjnych. Ryzykantki spróbują odczuwać przyjemność płynącą z dreszczu emocji, który towarzyszy zakupom w ciemno. Potem, w miarę możliwości, odetchną z ulgą, lub z uczuciem zawodu puszczą merkantylną machinę w ruch, ku chwale Allegro. Lecz opisywany rodzaj „sportu” to zabawa chętnie podejmowana przez osoby, dla których świat zapachów wyznacza powtarzalny rytm emocjonujących wypraw w nieznane. Tymczasem 24,Faubourg jest wprost wymarzonym partnerem dla kobiet, które swe wybory celebrują, by pozostać im wierne po przysłowiowy grób. Owszem, czasem mały skok w bok nie zawadzi, ale bez szaleństw…
Czytaj dalej na Femia.pl
Ogniwo (nie to brakujące).
Sprowokowana do offtopów (bardzo fajna ta idea) odpowiadam:
O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Dnia? Najchętniej czytałabym w nocy. Niestety czasy kończenia aktywności twórczej o czwartej nad ranem minęły, oby nie bezpowrotnie. Teraz czytam, kiedy mam czas. Jak na ilość tego czasu wciąż dużo.
Gdzie czytasz?
Jak większość: w łóżku. Na przystankach. W autobusie, w tramwaju, w pociągu. W pracy… (wrrrrróć! W pracy oczywiście pilnie pracuję :))
Jeśli czytasz na leżąco (w łóżku) to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?
Półleżąc, tak żeby na kolanach było jeszcze miejsce na któregoś Pana Kota. Pani Kotka woli siedzieć obok. Kiedyś zaopatrzę się w funkcjonalny mebel do czytania – recamierę, szezlong, czy jak tam zwał.
Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Dużo historii. Sporo książek, na własny użytek nazwanymi „synestetycznymi”, łączącymi punkt widzenia z różnych dyscyplin nauki. Mam słabość do polskiej fantastyki. W tramwajach „kwiczę” nad Brzezińską i Pratchettem. Kiedyś mnie wrzucą…
Książka, która zmieniła najwięcej?
Bogowie, groby i uczeni Cerama. Od tego wszystko się zaczęło: studia się zaczęły, etc. (bez podejrzeń o parodię i szarganie narodowych świętości proszę).
Co czytałaś ostatnio?
Diabła G. Messadie, Seksualne Persony C. Paglii (długo męczyłam) i Niesamowitą Słowiańszczyznę M. Janion. Dokończyłam wreszcie Shinsengumi , którzy zapodziali się gdzieś między niesfornymi rzędami.
Co czytasz aktualnie?
Wpisuję się w profil osoby, która otacza się ledwo „nadgryzionymi” książkami. Aktualnie porozkładane są: Płeć śmierci Białostockiego, Trup L.V Thomasa i Tryumf żałoby di Noli. Nie, nie mam żadnych kontaktów z „rodziną Adamsów” z Koszęcina. Nie śpię w trumnie. Nie urządzam orgii na cmentarzu. Czytam też inne rzeczy, np. Samuraje Śpiewakowskiego, Las Teutoborski Rochali i Kartagina Nowaczyka. Wiersze Leśmiana – jak one mnie kiedyś wkurzały! Teraz nadrabiam.
Używasz zakładek czy zaginasz rogi? Jeśli używasz, to jakie one są?
Nie. między strony co się da. Bilety. Karteluszki. A najczęściej pachnące blottery. Tych zawsze pod ręką mam więcej niż tradycyjnych zakładek. Nie mogę się też przemóc do zakreśleń w tekstach.
Co sądzisz o książkach do słuchania?
Na plaży fenomenalnie sprawdził się Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego. Zawsze chętnie posłucham o przygodach dobrego wojaka Szwejka.
Co sądzisz o e-bookach?
Chwalę sobie. Lecz jestem przekonana, że wieści o śmierci tradycyjnej książki są mocno przesadzone.
Łańcuszek plotę do Norny.
“Rzetelność mam w nosie”…
W związku z mało obiektywnym i – naszym zdaniem – krzywdzącym artykułem o perfumach niszowych w “Wysokich Obcasach” z 6 grudnia, na stronie zina Per Fumum ukazała się moja polemika z opinią redaktorki GW. Zainteresowanych czytelników zapraszam tutaj.
NOTORIOUS, Ralph Lauren
Tekst recenzji powstał dla portalu Femia.pl
Najnowszy zapach Ralpha Laurena to zawód na (prawie) całej linii. Fakt, w zakresie marketingu sztab spisał się znakomicie. Słowa uznania dla niezawodnego Wong Kar-Waia reżyserującego spot reklamowy. Spory plus dla fotografa i punkt dla stylisty, bo oddając cesarzowi co cesarskie – reklamująca zapach Laetitia Casta wygląda fenomenalnie. Od zawsze pociąga mnie ten styl: elegancki, wyrafinowany, pozornie stonowany, lecz nie pozbawiony dobrze maskowanych akcentów dramatycznych. Czerń i księżycowy błysk metalu przykuwają wzrok niczym magia srebrnego ekranu, do której w perfumach (rzekomo) nawiązano.
Historia, którą zamierzono nam opowiedzieć przez pryzmat zapachu zapowiadała się znakomicie. Inspiracja klasycznym filmem noir zaostrzała apetyt na twór wyrazisty, w najgorszym razie odrobinę emfatyczny, lecz na pewno wybijający się ponad przeciętność ugrzecznionych bukietów kwiatów, liści i owoców. Nawiązując do klasycznego thrillera Alfreda Hitchcocka z Ingrid Bergman w roli głównej, Lauren łudził mirażem trzęsienia ziemi w nucie głowy, tornada w sercu i tsunami w bazie. Bo warto przypomnieć, że to właśnie „Notorious” („Osławiona”) przyniósł Hitchcockowi przydomek „mistrza suspensu”, niektórzy wręcz zaliczają go do najlepszych dzieł reżysera.
(…)
Czytaj dalej na Femia.pl
Film reklamowy autorstwa Wong Kar-Waia:
***
Notorious (2008)
Waleczna królowa Icenów…
Boadicea… Perfumy inspirowane jej postacią są najbardziej przeze mnie wyczekiwaną premierą roku. Dotychczas bohaterska królowa Icenów zapładniała wyobraźnię artystów i pieśniarzy. Teraz, jakby mało było Boudicca Wode, (które – trzymam kciuki – potwierdzą wieli talent Gezy Schoena, uciszając szemrane opinie, jakoby Molecule01 udały mu się wyłącznie ślepym trafem), pojawił się nowy projekt perfumiarski związany z bohaterską władczynią Celtów – Boadicea the Victorious.
Zanim – już wkrótce – nadejdzie chwila weryfikacji, zanim uraczę Was krwawą historią Boadicei, posłuchajmy:
Enya, Boadicea
Petra Berger, Boadicea
choir : Boadicea, behold the fate of the army you controlled,
Did it quench your lust for blood, did it satisfy your soul ?
Darkness fell upon the land,
the day the kingdom died,
the empire tore it’s grasping hand,
through our darkest night,
they robbed us, and raped us,
flogged us, betrayed us,
for our freedom,
for our kingdom
we will make a stand and
fight, fire with fire,
choir : Boadicea, Boadicea, suddenly you’re sad and sorry ,
Boadicea, did it please ya when the final battle raged….
heaven’s on our side…..
choir : Boadicea, Boadicea, how’d you miss your claim to glory,
Boadicea, would you be a heroine if here today ?
Boadicea, behold the fate of the army you controlled,
Did it quench your lust for blood, did it satisfy your soul ?
two hundred thousand arms to wield,
a wild and mindless might,
the sun rose on the battlefield,
to mock a woman’s pride,
they stabbed us, and shamed us,
burned us, and maimed us,
for our freedom,
for our kingdom
hear my call to arms and
fight, fire with fire,
choir : Boadicea, Boadicea, suddenly you’re sad and sorry ,
Boadicea, did it please ya when the final battle raged….
heaven’s on our side…..
choir : Boadicea, Boadicea, how’d you miss your claim to glory,
Boadicea, would you be a heroine if here today ?
to avenge your king,
choir : In the name of Glory
to avenge your queen,
choir : the Iceni Glory
fight on !
fight on !
fight on, fight…..
or die !
choir : Boadicea, Boadicea, suddenly you’re sad and sorry ,
Boadicea, did it please ya when the final battle raged….
Heaven’s on our side…..
choir : Boadicea, Boadicea, how’d you miss your claim to glory,
Boadicea, would you be a heroine if here today ?
Boadicea, behold the fate of the army you controlled,
Did it quench your lust for blood, did it satisfy your soul ?
Donna Karan, ESSENCE LABDANUM
Labdanum z rodu Esencji Donny Karan… Mam z tym zapachem na pieńku, odkąd bezczelnie wylał mi się do kieszeni, tuż po pierwszym, zaledwie jednym, oszczędnym teście nadgarstkowym. Ci, którzy już mieli z nim do czynienia (powiedziałabym, że przyjemność, ale z czystej wredoty zamilknę) wiedzą, że to żenująco mało. Labdanum ma bowiem naturę krasnala Śpiocha: ledwo spocznie na ciele, wraz uśnie i tyle go widziano.
Jest pewna kategoria zapachów przyskórnych, pełgających blisko ciała, gilgoczących ektodermę czule i nieśmiało. Labdanum do nich nie należy. Żeby go poczuć, trzeba użyć maszyn do odwiertów głębinowych, wbić z impetem nos w nadgarstek lub zgięcie łokcia, ryć w skórze jak świniak w poszukiwaniu apetycznych trufli, prawie przekopując się na drugą stronę. Wytrwałym przynależy nagroda w postaci słabego śladu ziemskiego bytowania owej esencji.
Zapach dla głęboko wierzących, pojmujących naturę perfum dogmatycznie i nie stawiających twardo żądania dowodów istnienia. Poza tym Labdanum sprawuje się dobrze, nie zgłaszam więcej zażaleń. Skoro już uwierzysz, że gdzieś tam jest, zostajesz fanatycznym neofitą, w pełni ogarniętym misją wbicia każdemu do głowy, iż nie masz kadzidła nad labdanum, a ty sam jesteś jego najwyższym prorokiem. Wyobrażasz sobie labdanum na własne podobieństwo i z przekonaniem kreślisz jego konterfekty na blogach i forach. Na śniadanie żalisz się, że słabo dostępny, na obiad pomstujesz, że wycofany. W porze podwieczorku wpadasz w ekstatyczne uniesienie: będzie, będzie znowu!, a na kolację besztasz srodze mailem panią Donnę Karan, że nie wysyła flakonów do Polski. We śnie doznajesz kojącej konstatacji, że po prawdzie i tak niewiele czułeś, więc po co było się wygłupiać.
Scio me nihil scire, miał powiedzieć Sokrates, mniemam, że wbrew powszechnie zapisanej wersji tego aforyzmu, po grecku, nie po łacinie. Ja również, wiem, że nic nie wiem, jeśli chodzi o pokrętną naturę tego zapachu. Poddaję się wrażeniu, iż wyobraziłam go sobie tylko. W mgle wspomnień błądzi twór uroczy, lecz płochliwy i niezdecydowany, z amplitudą do dwóch milimetrów, przy wszystkich swych zaletach zakompleksiony i wykazujący tendencję do trzymania budzi w ciup, gdy należałoby zaryczeć.
Bywają dni, gdy coś w nim wyrywa się W przestrzeń, pragnieniem Ikara. Tak rzadko, że nawet nie warto byłoby o tym wspominać. Szkoda. Przez większość miesięcy, jedyne, co może go uratować, to solidna edukacja na pensji dla in spe niegrzecznych panien pod wezwaniem świętego Gezy Schoena od skubanych molekuł.
OPIUM, Yves Saint-Laurent
Był rok 1977. Elvis Presley pukał do nieba bram, Stephen King opublikował Lśnienie, a dla George’a Lucasa świtała nowa nadzieja na kosmiczne dochody.
David Lynch właśnie hipnotyzował widzów surrealistyczną wizją Erasehead, a Woody Allen szturmem zdobywał intelektualistów świetną Annie Hall, gdy po drugiej stronie oceanu, w cieniu Wieży Eiffla inny szczupły, neurotyczny okularnik Yves Saint Laurent antycypował ciężki, orientalny styl lat osiemdziesiątych (…)





